Wiosenne święta lada moment. To oznacza tylko jedno: jesteśmy w trakcie przygotowań, nie mamy na nic czasu, a ten tekst pisze się sam.

 Wielkanoc to ważne święta. By wypadły okazale, trzeba poświęcić niemało czasu i wysiłku, by wszystko się udało, każdy z gości czuł się doceniony i wstawał od stołu z poczuciem, że wszystko mu smakowało. A że my spodziewamy się jak co roku wielu gości, to za przygotowania musimy zabrać się wcześniej. I intensywniej.

Wszystko zaczyna się od małego falstartu. Rozpoczęcie przygotowań opóźnia się, bo trudno znaleźć kogoś chętnego do pucowania, ścierania kurzu i mycia okien. Jak okiem sięgnąć, Folwark Toporzysko pustoszeje. Cisza jak makiem zasiał. Trochę to trwa nim jakiś nieszczęśnik zostanie wreszcie wypatrzony. Ale potem rzeczy dzieją się już błyskawicznie. W kilka sekund wręcza się takiej osobie miotłę, mopa, wiadro z wodą i zestaw ścierek. Ani się ów ktoś nie obejrzy, a już jest przygotowany do sprzątania. Nie zostaje mu więc nic innego jak tylko wziąć się do roboty.

 

Święta wielkanocne nie mogą się obejść bez pisanek. Skądś te jajka trzeba wziąć. Sami nie hodujemy kur, więc musimy wybrać się do wiosek. Siodłamy więc najspokojniejszego, najdelikatniejszego i najbardziej flegmatycznego konia, po czym ruszamy do znajomych gospodyń. Gdy już zapakujemy drogocenne jajka do koszyków, ostrożnie i bardzo, bardzo powoli rozpoczynamy podróż powrotną. To wtedy właśnie przydaje się spokój konia. Im wolniej oraz ostrożniej będzie szedł, tym więcej jajek dowozimy. Nasz rekord to 94%. Nie jest źle.

 

Na jajka czekają nie tylko nasi domorośli artyści i ich pędzelki, ale przede wszystkim panie kucharki. I to właśnie w kuchni jest największy ruch. Mimo że świąteczne wypieki są jeszcze w rozsypce (a raczej w sypkiej mące i proszku do pieczenia), to w jakiś magiczny sposób kuszące aromat rozchodzą się już po kuchni. Każdy, kto tam zagląda, liczy, że trafi mu się jakiś smakowity kąsek. Nawet oblizanie łyżki z czekoladowego kremu to już coś. Samym jednak paniom kucharkom lepiej w drogę nie wchodzić. Wiedzą, jaka odpowiedzialność na nich spoczywa i chcą dać z siebie wszystko. I nie lubią, oj nie lubią, jak się im przeszkadza.

 

Lepiej – a na pewno bezpieczniej i rozsądniej – jest chwycić za te pędzelki i dołączyć do grupki artystów-amatorów. Ktoś musi przecież wymalować te pisanki, przygotować dekoracje czy zająć się szykowaniem koszyczków. To wszystko jest bardzo przyjemne, ale z racji tego, że wszyscy z nas są miłośnikami koni, to koniec końców nasze pisanki są do siebie całkiem podobne. Przeważają na nich właśnie konie (w galopie, stojące, skaczące przez przeszkody) i podkowy. Czasem wśród nich zaplącze się kurczaczek, ewentualnie zając.

 

I ani się obejrzymy, a dzień się już kończy. Świat wokół nas wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilkanaście godzin wcześniej, gdy dopiero się budziliśmy i przystępowaliśmy do przygotowań. Wszystko pachnie tak odświętnie, zrobiło się bardziej kolorowo, a i uśmiechów jakby przybyło…